NOWY ODCINEK

NIEDZIELA, 20.00

zobacz tegoroczną
ofertę komputronik na iem

sprawdź

wyniki

Zwycięzcą został: Tomasz S. GRATULUJEMY!A oto jego historia:

Przeszywające promienie popołudniowego słońca bez zbędnego wysiłku przebijały się przez szkła moich okularów przeciwsłonecznych. Lekki wiatr przyjemnie okalał wystawioną na gorąc skórę, a momentami przybierał na sile - tylko wtedy, kiedy prześwit między wieżowcami łaskawie pozwalał mu zlecieć na poziom parteru. Tylko… Tylko, którymi wieżowcami? Wiedziałem, że je znałem i że znałem je dobrze. Mijałem je wielokrotnie, czy to samochodem, pieszo, czy nawet różnymi środkami lokomocji powietrznej, choć ta myśl wydawała się bardziej, niż szalona. Los Santos? Lost Heaven? A może to Raccoon City na długo przed epidemią? Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie, podobnie jak na to, co ja tu robię i dokąd zmierzam. W pewnym sensie, nie obchodziło mnie to. Dziwny miks ekscytacji, niewiedzy oraz determinacji do wykonania powierzonego mi zadania, o którym nie miałem pojęcia, robił swoje. Po kilku minutach spaceru niezmąconego żadnymi troskami, dotarłem do celu. Obok drzwi do małego zaniedbanego budynku, na obdartej czasem ceglanej ścianie wisiała tablica. Od niechcenia rzuciłem wzrokiem na przybite topornymi gwoździami ogłoszenia. Topielce, Kikimora, Bruxa - słowem, nic co by mnie interesowało lub na co miałbym czas. Odwracając się od nudnych zleceń, wziąłem głęboki oddech i naparłem swoim ciałem na ciężkie drzwi. Tylko zamknąłem za sobą wrota, a smród ścieków i rozkładającego się truchła, momentalnie zaczął prowadzić zaciekłą batalię z gęstą jak smoła ciemnością. Bez namysłu wyjąłem z kieszeni Kota i wypiłem go jednym haustem, nieco się przy tym krzywiąc. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do cierpkiego wachlarzu smaków magicznych eliksirów. Niezwykły miszmasz zapachów i krajobrazów kanałów Wyzimy potęgowały powoli oddalające się dźwięki tętniącego życiem miasta, którego chodnikami jeszcze chwilę temu szedłem. Ruszyłem przed siebie, ostrożnie stawiając kroki w krętych korytarzach. Wątpliwie przyjemną podróż po mrokach przerwało mi wspięcie się po drabinie i wyjście na świeże, lecz duszne powietrze. Podmuchy wiatru ciskały mi w oczy i usta całe garści piasku. Lekko zdezorientowany zauważyłem, że zza rogu wyłania się postać rosłego mężczyzny i zmierza w moim kierunku. Strach sparaliżował mój układ nerwowy, a oddech stał się rwany, niczym u astmatyka z długim stażem. Mężczyzna był ubrany w wojskowy albo policyjny mundur, miał na sobie kamizelkę taktyczną, a jego twarz zasłaniała maska przeciwgazowa. Pewnym ruchem wręczył mi ciężką walizkę oraz nóż. Spojrzałem na niespodziewane dary, a następnie na niego przestraszonym, pytającym wzrokiem. - Plantujemy na B, za trzydzieści sekund zaczynamy. - Oznajmił zamaskowany żołnierz. - Kup sobie coś. - Ale… Ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy! Wydusiłem z siebie, powoli zaczynając zdawać sobie sprawę, gdzie jestem i co zaraz ma się wydarzyć. Antyterrorysta roześmiał pogardliwie. - Coż… Pamiętaj, że z samym nożem szybciej pobiegniesz! Zbladłem. Odwróciłem się na pięcie i rzuciłem się do ucieczki, upuszczając walizkę oraz sztylet. Po chwili biegu zacząłem słyszeć odgłosy broni palnej. Biegłem jak opętany obijając się od żółtobeżowych budynków, dziwnego pustynnego miasteczka. Chryste, gdzie ja jestem? Świsty przelatujących pocisków nie pozwalały mi na głębokie przemyślenia. Zobaczyłem kątem oka uchylone drewniane drzwi. Bez chwili namysłu rzuciłem się w ich kierunku ostatni metr pokonując skokiem. Swój niezbyt spektakularny lot zakończyłem na skrzynce, która rozbiła się w drzazgi. Ku mojemu zaskoczeniu wypadły z niej czerwone naboje. Po złapaniu oddechu wstałem i zacząłem z niedowierzaniem przyglądać się otoczeniu oraz amunicji. W miejscu, w którym się znalazłem już zmierzchało. Świeża krew znaczyła brukowane uliczki oraz mury budynków, a powietrze wypełniały przerażające wrzaski i dym. Nagle zza moich pleców usłyszałem znajomy głos. - Pasterz musi dbać o swoją trzodę, zwłaszcza gdy ta zrobiła się… niesforna! - powiedział Ojciec Grigori, śmiejąc się radoście, po czym rzucił w moim kierunku strzelbę. Z trudem złapałem broń, niemalże znowu tracąc równowagę. Byłem już całkowicie zrezygnowany - Alyx nie powiedziała dlaczego nie chodzą do Ravenholm, ale już zrozumiałem. Krzyki i wrzaski były coraz bliżej, o dziwo, ku uciesze Grigoriego, który nie mógł się doczekać konfrontacji ze źródłem niepokojących dźwięków. Przeskakiwał z nogi na nogę, mocno ściskając swoją Annabelle, cytując głośno kolejne wersety z Pisma Świętego. Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, spadałem w kierunku małego stawu. Zacząłem krzyczeć po czym z impetem uderzyłem w taflę wody. Bolało mnie wszystko, a moje zmysły odmówiły posłuszeństwa. Z trudem wyczołgałem się na brzeg, gdzie czekało na mnie trzech mężczyzn ubranych w czerwonoczarne pancerze. Gdy tylko udało mi się nawiązać kontakt wzrokowy z hersztem bandy, ten podszedł do mnie i z całej siły uderzył mnie w twarz. - Witamy w kolonii. - to były ostatnie słowa, które usłyszałem zanim zamgliło mi wzrok i zemdlałem. Poderwałem się cały spocony, tym razem we własnym łóżku, zastanawiając się co się właśnie wydarzyło i próbując zapamiętać każdy szczegół tego pokręconego snu. Odetchnąłem z ulgą i usiadłem na brzegu mebla. W tym momencie mój telefon zadzwonił krótko, oznajmiając nową wiadomość w skrzynce odbiorczej. To Adam, mój najlepszy przyjaciel, napisał: Stary, jakbyś miał powiedzieć, co jest dla ciebie najważniejsze w graniu, to co by to było? Odłożyłem telefon i przetarłem dłońmi zaspaną twarz. Uśmiechnąłem się lekko, myśląc od czego by tu zacząć.